|









|
SZKOLENIE
W
kilku słowach
Rodowód
Album rodzinny
Szkolenie
Wystawy
Potomstwo
Szkolna
przygoda oczami D'Arsy
 |
|
Poprosili mnie, żebym opowiedziała
Wam o moim szkoleniu. Trudna sprawa. Jak tu sobie przypomnieć,
jak to było po kolei. Zaraz, zaraz... Już wiem. Prawdziwe szkolenie
zaczęło się od psiego przedszkola. Ale zanim o tym, najpierw napiszę
co było wcześniej.
Zaraz jak tylko skończyła się kwarantanna,
zostałam etatowym pracownikiem Państwa firmy. Przywozili mnie
codziennie do jakiegoś biurowca, gdzie przy biurkach siedziało
kilka nawet bardzo fajnych i miłych ludzi. Najgorzej to było z
siusianiem. Musiałam im wcześniej pokazać, że chcę wyjść aby zdążyć
na trawkę, czasami sikałam tuż przed budynkiem na chodniku, ale
Państwo zawsze byli bardzo wyrozumiali. Ja chciałam ze wszystkimi
się bawić i ich podgryzać, a Państwo kazali mi bawić się bez podgryzania.
Strasznie polubiłam też jeździć samochodem moich Państwa, cały
bagażnik był tylko mój (do czasu, aż zaczęli wsadzać do MOJEGO
bagażnika ogromny wózek). Najgorszy w pracy to był taki wielki
czerwony samochód blisko na placu i ten Pan w niebieskim mundurku,
który pachniał tyloma zapachami, że mi się aż w głowie kręciło,
jak przychodził z dużą torbą jakiś papierów. Najfajniejsze było
to, że wszyscy mnie uwielbiali, głaskali, drapali i przytulali.
Potem Pani dostała wielkiego brzucha i przestała jeździć do pracy,
a ja z nią.
Kiedy miałam niecałe pół
roku, moi Państwo zabrali mnie na taką dużą łąkę ... 
Było tam wieleróżnych psów, większość była trochę starsza, ale był
też mój brat i od razu zrobiło się mi raźniej. Na szczęście wszyscy
chcieli się głównie bawić - niektórzy w przerwach lubili lądować
w kanałku, który znajdował się tuż przy łące. Ale było wesoło, jak
ich Państwo nie mogli ich stamtąd wyciągnąć. Ja tam nigdy nie gustowałam
w kanałku - brudno tam, mokro i śmierdzi. W przedszkolu zaczęliśmy
się uczyć, jak dogadać się z naszymi właścicielami, jak zrozumieć,
czego od nas chcą. Przede wszystkim jednak uczyliśmy się przebywania
we własnym towarzystwie bez awantur, dobrze się bawiąc. To były
fajne czasy.  Fajne
też było to, że zawsze na szkolenia chodziliśmy całą rodziną i ćwiczyliśmy
tez wszyscy. Do przedszkola chodziłam przez dwa miesiące. Potem
pojechaliśmy na wakacje, a po powrocie Państwo oznajmili: "Skończyła
się laba. Pora iść do szkoły".
Na początku myślałam,
że to tylko takie gadanie. Ta sama łąka, ta sama pani w kurtce na
środku, większość tych samych znajomych z przedszkola.  Ale
okazało się, że reszta rzeczy uległa zmianie. Już nie ma ociągania
się przy komendzie "równaj". Jak "waruj", to leżymy równo przy nodze
a nie kładziemy się na grzbiecie, a jak Pan mówi "zostań", to nie
ma wąchania kwiatków dookoła i nie można sprawdzić, czy Pani Hooverka
ma dziś te same co zwykle pyszne smakołyki.  Pojawił
się również jakiś dziwny krótki kij, cieńszy po środku, gruby na
końcach. Powiedzieli, że to aport, a nie nowa zabawka i że nie dość,
że trzeba go jak najszybciej przynosić Państwu, to jeszcze trzeba
go bez ociągania oddawać. Co to za frajda, przecież wszyscy wiedzą,
że najfajniej na świecie jest bawić się w przeciąganie. Jakby tego
wszystkiego było mało, zaczęły się prace domowe. Na każdym spacerze
beztroska do tej pory zabawa została zamieniona na naukę posłuszeństwa.
 Przyszła
jesień i Państwu zachciało się, żebym swoje umiejętności potwierdziła
egzaminem PT. Pojechaliśmy na jakieś inne pole, pod lasem i obok
lotniska, gdzie było dużo, dużo więcej psów niż normalnie na szkoleniu.
Prawie tak dużo jak na pierwszej mojej wystawie. Był też bardzo
groźnie wyglądający Pan, który miał ocenić moje umiejętności. Egzamin
rozpoczął się. Najpierw mogłam poprzyglądać się, jak zdają inne
psiaki. Wtedy dopiero poczułam naprawdę, że taki egzamin to jest
coś bardzo stresującego. Państwo byli jacyś poważni, mniej niż zwykle
się uśmiechali. Przyszła nasza kolej, zdawałam w parze z bardzo
przystojnym wyżłem weimarskim. Najpierw on poszedł na bok, gdzie
zostawiono go samego i kazano mu siedzieć i czekać cierpliwie na
swoja kolej. W tym czasie ja rozpoczęłam chodzenie z moim panem
po wyznaczonej trasie.  Najpierw
na smyczy, potem bez niej. Chyba nie poszło mi najlepiej, bo czasami
jakoś nagle Pana noga oddalała się z byt szybko na zakrętach. Potem
Pan przywołał mnie do siebie - nie wiem dlaczego zamiast jak zwykle
zawołać pokazał, więc bardzo się zdziwiłam. Dopiero jak Pan powtórzył,
szybko do niego pobiegłam. Polowanie na aport wyszło super, bo Pan
miał uśmiech od ucha do ucha. Z tego co podsłuchałam wcześniej,
moi Państwo najbardziej się obawiali tej części egzaminu. Nie mogłam
ich przecież zawieść. Waruj, siad i stój - poszło mi jak zwykle
rewelacyjnie. Nie wiem dlaczego sędzia czepiał się o ten jeden mały
kroczek, który zrobiłam przy komendzie stój. Nie rozumiem, też,
jaki związek ma stan mojego uzębienia z egzaminem z posłuszeństwa,
ale sędzia zajrzał i do mojej paszczy. W ten sposób skończyłam pierwszą
część egzaminu i zamieniłam się z wyżłem miejscami.  Teraz
to ja miałam siedzieć daleko od Pana, a on pokazywał swoje umiejętności.
Dookoła mnie było tyle ładnych kwiatków, które tak strasznie pachniały,
a ja musiałam być twarda i nie mogłam ich powąchać. Po pewnym czasie
Pan kazał mi zmienić pozycję na waruj. Nagle nie wiedzieć czemu,
ten przystojny wyżeł, zamiast zapolować na aport, przybiegł do mnie
i chciał namówić mnie na zabawę. Zobaczyłam przerażenie w oczach
mojego Pana i stwierdziłam, że nie mogę mu tego zrobić. Grzecznie
leżałam i czekałam, aż zabiorą tego przystojniaka. Na koniec dostałam
piękny dyplom i dowiedziałam się, że byłam najlepsza. Odjęli mi
5 punktów, ale i tak zakończyłam egzamin z wynikiem doskonałym.
Po
zdanym egzaminie na szczęście skończyły się prace domowe, a zaczęły
się naprawdę fajne rzeczy. Jeździliśmy z Państwem w różne nowe miejsca,
gdzie zaczęłam uczyć się szukać pozostawionych przedmiotów i ukrytych
ludzi. Niestety po kilku tygodniach skończyły się te fajne czasy.
W domu pojawił się nowy mały mieszkaniec (wołają na niego Błażej),
który zupełnie wywrócił nasz świat do góry nogami. Państwo poświęcali
mu mnóstwo czasu i coraz rzadziej jeździliśmy na tropienie.
 Pewnego
dnia, znowu pojechaliśmy wszyscy razem na znajomą łąkę. Nie było
tam już tylu psów i tej fajnej Pani, za to był mój brat i dziadek
oraz jakiś nowy Pan z fajnymi rzeczami do gryzienia. To gryzienie
bardzo mi się spodobało i z nastaniem lata Państwo zapisali mnie
do nowej szkoły. To już naprawdę nie były żarty. 
Dwa razy w tygodniu, trzy godziny pracy. Najpierw szukanie zgubionych
przez Pana przedmiotów w trawie, potem ćwiczenie posłuszeństwa i
na koniec moje ulubione gryzienie. W trakcie szkolenia usłyszałam,
że teraz będziemy się przygotowywać do egzaminu na psa użytkowego
IPO I. Znowu wróciły prace domowe, jakby tych trzech godzin było
mało. Na szczęście zbliżamy się do końca, ale już podsłuchałam,
że jak zdam egzamin, to szykuje się jakaś nowa szkoła... Właściwie
to nawet się cieszę, bo uwielbiam wszelką pracę z moimi kochanymi
właścicielami. 
|
|